Tablica ogłoszeń

1. Szablon zrobiła Tsuki, za co jej bardzo dziękuję ;3
2. Bardzo ładnie proszę nie nominować mnie do zabaw pokroju Liebster Award. Bardzo mnie one cieszą, ale jestem zbyt leniwa, żeby to wszystko wypełniać.
3. Wszelkie reklamy proszę dodawać do zakładki SPAM.
4. Notki będą się pojawiały co niedzielę.

piątek, 3 stycznia 2014

Rozdział 13. - Pocałunek

Proszę, rozdział, który napisałam w czasie przerwy świątecznej xD
Hm... Mam wrażenie, że po tym rozdziale nie pożyję zbyt długo... Z wielu względów C:
Idę się ukryć do mojego bunkru~ 
Miłego czytania xD

~*~

„Przyjaźń jest podstawą każdej miłości.”
Allan McGinnis

            Był wczesny ranek, kiedy wyszli z bloku mieszkalnego Michelle i skierowali się do sklepu. Jean jeszcze ziewał pod nosem i co chwilę mrugał. Z kolei kobieta wydawała się być całkowicie rozbudzona i pełna energii. Nawet pomimo tego, że była siódma rano.
- Po co wstajesz tak wcześnie? – jęknął.
- Bo szkoda mi dnia na spanie – odparła od razu. – Leżąc w łóżku nic nie zrobię.
- Tak, ale gdybyś została w nim jeszcze z godzinę krzywda by ci się nie stała.
- Och, nie narzekaj – burknęła. – Ja ci nie karzę przy mnie zostawać.
- Ty może nie, ale mój przełożony – owszem. Także przykro mi bardzo, ale się ode mnie nie uwolnisz – uśmiechnął się.
- A czy ja mówię, że mi się to nie podoba? – spojrzała na niego nieco rozbawionym wzrokiem, tym samym szokując go. No nie spodziewał się usłyszeć od niej takich słów… Można powiedzieć, że byli dobrymi znajomymi, ale no… To znaczy, lubił ją, była ciekawą kobietą, zupełnie inną od tych, z którymi się kiedyś umawiał, ale czy się w niej zakochał? Raczej nie.
- Och, czyżbyś w końcu doceniła mój urok osobisty? – uśmiechnął się zalotnie.
- Raczej ciężką pracę – sprostowała. – Wiesz, raczej nie przepadam za zdziecinniałymi facetami – posłała mu słodki uśmiech, paradoksalny do jej słów, które podziałały na Jeana jak strzała w serce.
- Nie jestem dziecinny! – zbulwersował się.
- Nie? To jaki, twoim zdaniem? – uniosła brwi.
- Jestem facetem, który nie zapomina o swojej dziecięcej stronie – wyjaśnił dumnie, na co brunetka parsknęła śmiechem. Słodki był. To znaczy, nie żeby go jakoś specjalnie lubiła, ale… no po prostu był słodki. I tyle. No niby nie lubiła nieodpowiedzialnych facetów, ale… on był tylko troszkę dziecinny, a nie nieodpowiedzialny… Jemu można wybaczyć.
            Zresztą, od początku wydawał jej się ciekawą osobą. A to, że wtedy powiedziała, że go nie cierpi było raczej spowodowane jej urażoną dumą. Naprawdę nie lubiła, kiedy ktoś wyrażał się w ten sposób o balecie. Bo przeważnie ta osoba nie miała pojęcia, ile pracy trzeba w to włożyć. Ale teraz jakoś… wydawał jej się jeszcze „fajniejszy”.
- Tak, pewnie – zaśmiała się lekko.

             Roy wszedł do budynku żwawym krokiem, trzymając w ręku plik kartek – zapewne jakichś superważnych dokumentów, których nie może zostawić bez opieki ani na sekundę. Albo rachunki do zapłacenia. W każdym razie, po przywitaniu się ze znajomymi, których mijał na korytarzu, otworzył drzwi do swojego gabinetu, gdzie póki co znajdował się tylko Falman – miał jakieś sprawy do załatwienia i musiał przyjść wcześniej. Wyglądał jak uosobienie wszelkich możliwych nieszczęść: niewyspany, nieuczesany, wyraźnie poirytowany, nie radził sobie z tą robotą papierkową… Nawet nie zauważył, kiedy Roy wszedł do pomieszczenia.
- Czyżby problemy rodzinne, podporuczniku? – zaskoczył go.
- Co? A! Przepraszam! Dzień dobry, pułkowniku! – momentalnie wyprostował się jak struna.
- Spokojnie, spokojnie – zaśmiał się, a mężczyzna usiadł ciężko na krześle i walnął głową w biurko, wzdychając ciężko.
- Coś się stało? – zaciekawił się Mustang.
- Wie pan, ostatnio mi się dziecko urodziło… To jest jakaś makabra… - jęknął niczym męczennik, idący na egzekucję.
- No wiem, wiem… - pokiwał głową.
- Dlaczego kobiety muszą być takie problematyczne? – spojrzał na niego niby płacząc.
- Bo inaczej nie byłyby kobietami – wzruszył ramionami. – Rozumiem, że córka nieźle daje w kość? – parsknął śmiechem.
- To nie jest śmieszne, panie pułkowniku – burknął niezadowolony.
- Wie pan, to zależy od punktu widzenia. Z kolei punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A skoro jesteśmy naprzeciw siebie… Tak, jest to śmieszne – stwierdził, uśmiechając się szeroko.
- Zobaczymy, co pan powie, jak sam pan będzie miał dzieci – odparł Falman, biorąc się na powrót do pracy.
- Jakoś się na to nie zanosi – machnął ręką. No raczej, że nie. Nie zamierza robić sobie dzieciaka, za dużo roboty z takim i w ogóle… On przecież nie ma na to czasu!
            Usiadł wygodnie na swoim fotelu, po czym wyjął z szuflad papiery, które musi wypełnić, a które czekają na niego od co najmniej dwóch dni. Naprawdę starał się w końcu jakoś to skończyć, ale to przeciwnik gorszy od wszystkich Homunculusów razem wziętych. Przynajmniej tyle, że mógł zwalić trochę na swoich podwładnych… Och, jak dobrze jest być wysoko rangą…
            Riza weszła do pomieszczenia i przywitawszy się wcześniej, usiadła na swoim miejscu. Kończyła jeszcze resztę pracy, którą dostała wczoraj. Roy uważnie ją obserwował… Właściwie przed oczami stanął mu facet, który ją zaprosił na ślubie do tańca. A ona się jeszcze zgodziła! Przecież był brzydki, gruby, stary i w ogóle nie dorównywał jemu w niczym! Dobra, to było ponad tydzień temu i nie powinno mu to przeszkadzać, niby nie jego sprawa, ale… no nie no, martwi się o swoją adiutantkę! To JEST jego sprawa! No przecież nie pozwoli jej na randki z jakimś facetem, który zamiast kaloryfera ma bojler!
- Ach, właśnie, pułkowniku – kobieta nagle się odzywała. – Jego Ekscelencja przekazał już panu dokumenty, które trzeba wypełnić do następnego tygodnia? – zapytała.
- …Jakie dokumenty? – mina mu zrzedła.
- Nie wiem, nie powiedział mi, ale było ich całkiem sporo – zastanowiła się. – I wydaje mi się, że pan musi wypełnić je wszystkie osobiście.
- Powiedz, że żartujecie, poruczniku! – jęknął z desperacji.
- Owszem – Riza kiwnęła głową z obojętną miną, a Roy nie wiedział, jak ma teraz zareagować. On prawie w depresję wpadł!
- Nie żartujcie tak sobie – poprosił płaczliwie.
- To proszę się na mnie nie gapić – skarciła go wzrokiem, na co ten roześmiał się nerwowo.
- Zamyśliłem się, zamyśliłem! – zapewnił ją nazbyt energiczne. Hawkeye tylko westchnęła i wróciła do swojej pracy, tymczasem pułkownik odetchnął w duchu. Było niebezpiecznie…

            Al szedł przez Resembool z zadowoloną miną, rozglądając się dokoła. Nic a nic się nie zmieniło! Jedynie populacja się powiększyła o parę dzieciaków, ale też kilka osób wyjechało. Chociaż to aż tak bardzo się w oczy nie rzucało – ci, którzy powinni tam być, byli. Witali się z Alem bardzo przyjaźnie i serdecznie: pytali, co u niego; słuchali paru jego anegdot i trochę sobie pożartowali. Uwielbiał tę wieś!
            Na grobie rodziców był już poprzedniego dnia razem z bratem. Dopiero po tym zaczął się rozpakowywać – jego pokój był taki sam jak przed wyjazdem, wystarczyło go tylko trochę odkurzyć i zetrzeć kurze. No i oczywiście zapełnić półki jego rzeczami.
            Ale najpierw obiecał babci, że z nią należycie porozmawia i tak dalej. Opowiedział jej bardzo dokładnie, co robił przez te dwa lata, w tym bardzo dużo o May, na co Pinako uśmiechała się w jego stronę wymownie.
- Zawsze wiedziałam, że jesteś bardziej rozgarnięty niż Ed – powiedziała, na co Al zaśmiał się wesoło. No bo to prawda! Jest od niego o wiele lepszy!
- Słyszałem – burknął niezadowolony blondyn, wchodząc do kuchni. – Jestem bardzo rozgarnięty! – obruszył się.
- No jaaasne… - zakpił Al. – Zrobiłeś w końcu coś konkretnego po ilu latach? – niby to się zastanowił. – Dwóch?
-  A spadaj – warknął, na co jego młodszy brat wystawił mu złośliwie język.
- Hm? To znaczy, że on w końcu coś zrobił? – niedowierzała babcia. – Co dokładnie? – zaciekawiła i Al już chciał jej opowiedzieć wszystko ze szczegółami, ale Ed w ostatniej chwili wepchnął mu do ust kawałek ciasta.
- Smaczne, nie, braciszku? – uśmiechnął się krzywo. – Winry zrobiła specjalnie dla ciebie, więc zjedz wszystko – spojrzał na niego z mordem w oczach. – A przy tym nie miel tyle ozorem – wyszedł z kuchni. Oczywiście, jego groźby na nic się nie zdały i gdy tylko Al połknął wszystko, co miał w ustach, zaczął opowiadać babci całe to zajście spowodowane xingijskim alkoholem. Tę historię przekaże kiedyś swoim bratankom, na serio.
            Ed wszedł do pracowni Winry – nie wydawała się mieć dużo prac, bo go stamtąd nie wywaliła.
- Słuchaj, masz dzisiaj czas po południu albo/i wieczorem? – zapytał niepewnie.
- No, pewnie – skinęła głową, po czym jej usta rozciągnęły się w przebiegłym uśmiechu. – Czyżbyś chciał zaprosić mnie na randkę? – uniosła brwi, a Ed momentalnie się zarumienił.
- N-nie! – zaprzeczył, na co dziewczyna parsknęła śmiechem.
- Okej – niespodziewanie się zgodziła. – Wyjdę z tobą na tę nie-randkę.
- Spoko… - burknął.
- A jak tam Al? – zapytała.
- Wszystko spoko – wzruszył ramionami. – Ma się chyba aż nazbyt dobrze – nagle w jego oku pojawił się niebezpieczny błysk. – Jeśli się dowiem, że powiedział coś zbytecznego, to obiecuję, że zrobię mu coś, co klasyfikuje się jako zbrodnia w kodeksie karnym Amestris – powiedział.
- Jesteś okropnym starszym bratem – zakpiła Winry.
- Nieprawda! – obruszył się. – To on jest okropnym młodszym bratem!
- No jak tak możesz? – popatrzyła na niego z dezaprobatą. – Twój kochany braciszek musiał rozstać się z dziewczyną, a ty go jeszcze chcesz dobijać. Okropny jesteś…
- A spadaj – naburmuszył się i założył ręce na klatce piersiowej, odwracając głowę. Nie widział przez to, że dziewczyna ledwo powstrzymywała się od śmiechu. To było urocze!
- Tak, tak – przytaknęła mu pobłażliwe. – Idę zrobić obiad. Pomożesz mi? – zapytała, wstając z miejsca, ale Ed dalej szedł w zaparte, tak więc uśmiechnęła się podstępnie. – No dobra. Poproszę Ala… - powiedziała niby obojętnie. – On przynajmniej umie gotować i nie rozwali mi kuchni – ruszyła ku drzwiom, ale chłopak złapał ją w nadgarstku, kiedy koło niego przechodziła.
- Dobra… Pomogę ci… - burknął, odwracając wzrok.
- Dzięki – uśmiechnęła się wesoło. Wiedziała, że wygra.

            Jean i Michelle siedzieli w kawiarni w towarzystwie około trzydziestoparoletniego mężczyzny. Miał on jasnobrązowe włosy, których więcej było na twarzy niż na głowie. Po rozmowie, jaką prowadził z Elle, Jean wywnioskował, że to całkiem spoko gość, ale jego humor pozostawia wiele do życzenia (takich sucharów to on chyba nigdy w życiu nie słyszał). Zaprosił on kobietę na wystawę sztuki, którą organizował następnego dnia w galerii przy centrum.
- Przyjdziesz? – zapytał z uśmiechem.
- Pewnie – zgodziła się wesoło. – Znając ciebie, wszystko będzie świetnie zorganizowane – dodała.
- Nie przesadzajmy – odparł skromnie mężczyzna, po czym spojrzał na Jeana. – A pan?
- Ja? – zapytał, jakby zdziwiony. – Ja… eee…
- Też przyjdzie – odpowiedziała za niego Michelle. – Akurat tak się złożyło, że ostatnio zastanawialiśmy się, czy by nie pójść na jakąś wystawę, więc idealnie się złożyło – stwierdziła z przemiłym uśmiechem, jakiego Havoc nigdy u niej nie widział.
- W takim razie bardzo się cieszę – odparł mężczyzna. – Ja niestety muszę się już zbierać – wstał, biorąc do ręki swój garnitur. – Cieszę się, że znowu cię zobaczyłem. Liczę, że twój kolejny występ będzie jeszcze lepszy niż poprzednio – uśmiechnął się.
- Też na to liczę – zaśmiała się wdzięcznie.
- Miło było pana poznać – wyciągnął ku Jeanowi rękę, którą ten uścisnął.
- I wzajemnie – odparł.
            Po chwili mężczyzna wyszedł z kawiarni.
- Kto to w ogóle był? – zwrócił się do kobiety.
- Kolega z pracy – wzruszyła ramionami. – I mój były chłopak.
            Jean mrugał w ciszy z zamarłym na jego ustach uśmiechem.
- Co? – zapytał po paru minutach.
- No mówię, że mój były chłopak. Głuchy jesteś? – prychnęła.
- Przecież on jest starszy ode mnie!
- No i co z tego? – spojrzała na niego dziwnie. – Wolę dojrzałych facetów, a tacy są przeważnie starsi, więc… no cóż, bywa.
- Nie rozumiem cię – westchnął ciężko. – Niby gdzie taki sztywniak jest fajny?
- Zależy – zamyśliła się. – Ale najczęściej w łóżku – spojrzała na niego z ukosa, zastanawiając się, jak zareaguje. Obstawiała rumieniec, ale nic takiego nie nastąpiło. Blondyn patrzył na nią z pobłażliwym uśmiechem na ustach, podpierając głowę ręką.
- Chciałaś mnie zawstydzić? – parsknął śmiechem.
- Nie – przybrała obojętny wyraz twarzy, po czym upiła łyk kawy ze swojej filiżanki. Ciągle czuła na sobie jego spojrzenie.
- Nie jestem dzieckiem. Takie coś mnie w ogóle nie rusza – przypomniał jej, wyczekując reakcji kobiety, ale ta milczała jak zaklęta. No bo co miała mu teraz powiedzieć?
            Jean uśmiechnął się z satysfakcją.
- Wiesz, wydaje mi się, że jestem dojrzalszy niż ty – powiedział prosto z mostu. Zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie urazi tym jej dumę, ale wolałby, żeby jednak zobaczyła w nim dorosłego mężczyznę, a nie jakiegoś nastoletniego chłopaczka.
- No chyba kpisz – prychnęła.
- Ależ nie – pokręcił głową. – Ja się przynajmniej potrafię przyznać do swoich błędów – spojrzał na nią rozbawiony.
- Nie przypominam sobie, żebym w ostatnim czasie popełniła jakiś błąd – wstała ze swojego miejsca.
- Tak, tak, pewnie – westchnął i poszedł za nią.

            Ed i Winry spacerowali sobie jakimiś bocznymi ścieżkami – jak to nazwała dziewczyna – Resembool (hahaha, w tej wsi są same boczne ścieżki – stwierdził Ed). No ale była pora obiadowa, więc zdecydowana większość ludzi siedziała w domu. I bardzo dobrze. Przynajmniej chłopak nie musiał słuchać żadnych dogryzek czy złośliwych żartów.
            Nagle dotknął dłoń Winry, czym trochę ją przestraszył, bo od dłuższego czasu szli w całkowitej ciszy.
- C-co? – zająknęła się.
- Łapa – podał jej rękę. – Dawaj mi ją.
- A grzeczniej poprosić nie możesz? – burknęła.
- Och, daj mi ją po prostu – pociągnął Winry za rękę, na co westchnęła. No jak dziecko normalnie. Czy on nie może choć przez chwilę zachować się jak wychowany, dojrzały i kulturalny mężczyzna? To znaczy, nie żeby nie był słodki, no aleee… każe jej iść z nim za rękę, nawet się do niej nie uśmiechnie, nie umie normalnie gadać, nie wspominając już o takich gestach jak przytulenie czy pocałunek.
- Nie chciałeś mi czegoś powiedzieć? – zapytała w końcu.
- Nie? – odparł ostrożnie, marszcząc brwi. – Niby dlaczego?
- Myślałam, że chciałeś iść ze mną na ten spacer, żeby ze mną porozmawiać…
- A… yyy… Piękna dziś pogoda, nie? – zaśmiał się głupio. – W Resembool zawartość powietrza jest zupełnie inna od tej w Central City albo Xing! Wiesz, nie ma tak dużo wodorotlenku węgla, a azotan i siarczan…
- Stop! – przerwała mu. – Nie mów mi o rzeczach, o których nie mam pojęcia – jęknęła.
- Sorry…
            Znowu szli w ciszy, aż w końcu Winry się zatrzymała i spojrzała na niego naburmuszona. Ed kompletnie nie rozumiał, co jej się nie podoba, więc cierpliwie czekał, aż wydusi z siebie pretensje, których zapewne mało nie było.
- Zacznij się zachowywać normalnie – poprosiła. – Serio masz zamiar tak się krępować przez całe życie?
- Ja się nie…
- Kłamać też widocznie nie umiesz – burknęła. – Matko, Ed, między nami praktycznie nic się nie zmieniło!
- Ale teoretycznie już tak – stwierdził.
- No ale to nie znaczy, że mamy teraz rozmawiać tylko o pogodzie albo siedzieć cicho. Ja cię błagam! Znamy się od… od urodzenia, nie? Naprawdę relacje między nami zmieniły się tak bardzo, bo zostaliśmy parą? – patrzyła na niego uporczywie.
- Dobra, przepraszam – skapitulował. No miała rację. – To co niby mam zrobić?
- Nie chodziło mi o to, żebyś przepraszał – przewróciła oczami. – Po prostu rozmawiaj ze mną normalnie. Jak gdyby nigdy nic.
- Jak gdyby nigdy nic? No weź! Pierwszy raz w życiu się w kimś zakochałem i… - nagle zdał sobie sprawę z tego, co powiedział i zarumienił się. – Zapomnij o tym – zaczął machać rękami jak najęty. – Zresztą, nieważne! Chodźmy! Babcia na pewno się za nami stęskniła! – kiwnął głową, jakby na potwierdzenie swoich słów, ale Winry chwyciła go za rękę.
- Nie mam nic przeciwko czemuś takiemu – uśmiechnęła się miło. – I nie krzyw się tak – zaśmiała się, uprzednio naśladując jego naburmuszoną minę, po czym poszła pierwsza.
- Słuchaj… - zaczął niepewnie, więc się odwróciła. – To jest o wiele bardziej skomplikowane niż myślałem – burknął.
- Przecież wiem – uśmiechnęła się.
- No i tego… Nie wiem, na ile mogę sobie pozwolić – trochę się do niej przybliżył. Dziewczyna wytrzeszczyła oczy.
- Yyy… No ja też nie wiem… - zająknęła się. – To znaczy… eee… wiesz… no…
            Ed podszedł do niej jeszcze bliżej. Winry była trochę skołowana, ale stwierdziła, że wszystko jest w porządku – no w końcu coś robi! Nie spodziewała się, że będzie chciał ją tak nagle pocałować. Bo ewidentnie wyglądało na to, że ma taki zamiar. Zamknęła oczy i cierpliwie czekała, aż poczuje jego wargi na swoich.
            Ale się tego nie doczekała. Jego usta poczuła – nie mówi, że nie. Szkoda tylko, że nie w tym miejscu, w którym by chciała. Otóż Ed pocałował ją… w nos.  Kiedy otworzyła oczy, zobaczyła, że jest cały nerwowy i się trzęsie.
            Ona też zaczęła się trząść. Ale ze śmiechu. On jest jedyny w swoim rodzaju! Naprawdę. No ale w końcu za to go kocha…

~*~

Ja wiem, że zniszczyłam wasze marzenia co do pocałunku, ja wiem xDD
No ale to wszystko przez tego arta!

No a druga sprawa, za którą umrę śmiercią męczeńską jest to, że... no póki co kończę z FMA. To jest, z tym blogiem.
Powodów mam parę i już wam je przedstawiam:
1) Najważniejsze dla mnie - cały czas mam wrażenie, że w pewien sposób niszczę tę serię. Dla mnie FMA jest naprawdę genialną mangą i to, że robię z tego zwykłe romansidło jest... nie wiem, raczej niedobrym pomysłem.
2) Pisanie fanficków ogólnie nie sprawia mi już takiej radości jak kiedyś. I nie mówię tu tylko o FMA ("Naruto" to ja już w ogóle mam serdecznie dość ;-;)
3) Czasu też niestety nie mam nadwyżki, a przydałoby się T^T
4) Coraz trudniej mi się to pisało, bo właśnie cały czas nie mogę oprzeć się wrażeniu, że rozwalam FMA.

Jest możliwość, że wrócę do tego bloga, jednak nic nie obiecuję. Być może kiedyś najdzie mnie wena i ochota na pisanie FMA, ale nie sądzę, by miało to nastąpić wcześnie. Tak więc bardzo, ale to bardzo Was przepraszam TT^TT
Macie na pocieszenie, ładnego Eda z wyobrażeń May xD

Pa ;____; 

sobota, 7 grudnia 2013

Info no.2

No więc tak...
To, co zamierzam zrobić zawieszeniem nie jest... Przynajmniej dla mnie ;)
Chcę sobie na spokojnie napisać parę rozdziałów w przód, wszystko dokładniej przemyśleć i pokazać Wam o wiele lepsze rozdziały niż dotychczas ^^ Myślę, że po Nowym Roku już będzie okej :3
Bardzo Was przepraszam, że cały czas musicie tyle czekać - mnie samej się to nie podoba. Dlatego jak tylko ten rok się skończy i ja zakończę wszystko, co trzeba, spodziewajcie się nowego rozdziału ^^
Mam nadzieję, że nie jesteście aż tak źli :c 
Wszystkie pretensje przyjmę na klatę xD Piszcie w komentarzach, na GG, maila, na FB.
Pozdrawiam wszystkich cieplutko ^.^

Pisząc ten post, czuję się podobnie jak oni xDD 

poniedziałek, 18 listopada 2013

Rozdział 12. - Tak lub nie

Na początek bardzo, ale to bardzo przepraszam, że musieliście tak długo czekać na nowy rozdział :c
W sumie to powód jest bardzo prosty - nie miałam pomysłu :C No ale jakoś to w końcu napisałam, i myślę, że aż tak źle nie jest ;)
No, w każdym razie, miłego czytania życzę ^^

~*~

„Nigdy nie odwracaj wzroku –
Czy to od koszmaru, czy prawdy.”
Kubo Tite (Bleach)

            Al siedział w salonie, czytając w ciszy nowo nabytą książkę. Dzisiaj został w domu na prośbę May – jej mama nie czuła się zbyt dobrze i dziewczyna bardzo się o nią martwiła. No a jako, że i Elric siłą rzeczy trochę się przejmował stanem zdrowia swojej „teściowej”, od razu się zgodził. Ed też nie powinien mieć większych pretensji do niego – teraz to on powinien spędzać czas z Winry. Chociaż… Jak zna tego głupka, pewnie nie zrobił nic specjalnego od tamtego czasu. A już jutro wracają do Amestris. A’propos tego, trochę się bał, że przez to złe samopoczucie pani Chang, May zdecyduje się zostać w kraju. To zniweczyłoby wszystkie jego plany… Chociaż ona i tak ma tę siłę – jeśli nie zgodzi się na jego propozycję, to wszystko automatycznie się posypie jak domek z kart. Bo Al nie mógł już zostawić własnego domu na tak długo. To, o co chciał poprosić May było strasznie samolubne i bardzo dobrze o tym wiedział; nie był aż tak uczynną osobą, za jaką go wszyscy brali. Nawet on potrafił być egoistyczny – tylko czy chęć bycia z ukochaną osobą to egoizm?
- Alphonse! – z zamyślenia wyrwał go ciepły kobiecy głos. Spojrzał już przytomnie na panią Chang. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że upuścił książkę na podłogę. – Wszystko w porządku? Jakiś nieobecny jesteś – kobieta spojrzała na niego troskliwie.
- Ach, nie – uśmiechnął się. – To nic.
- Ładnie to tak kłamać? – brunetka spojrzała na chłopaka, jak na małe dziecko, które właśnie nabroiło, po czym westchnęła. – Mnie możesz powiedzieć. Nikomu się nie wygadam.
- To naprawdę nic – Al dalej zaprzeczał. – Swoją drogą, nie powinna leżeć pani w łóżku? Jeśli zaraz tam pani nie wróci, dostanie mi się od May! – zażartował.
- Pójdę do pokoju, jeśli powiesz mi, co się stało – kobieta została przy swoim. – To jak będzie?
- Dobrze, rozumiem, wygrała pani – blondyn uniósł ręce na znak kapitulacji, wzdychając ciężko. Pchnął wózek do sypialni pani Chang, po czym pomógł jej ułożyć się na łóżku i przykrył kołdrą.
- Słucham – spojrzała na niego zaciekawiona.
- Ale nie powie pani nikomu? – chciał się upewnić.
- Nikomu.
- Nawet May?
- Nawet.
- No dobrze… To ten, tak jakby moim problemem jest May – wyznał. Kobieta patrzyła na niego zdziwiona. Znaczy, że on już jej nie… - Nie przestałem jej kochać – uśmiechnął się lekko, a pani Chang widocznie ulżyło. – Ma mnie pani za aż tak okropnego chłopaka?
- Nie, oczywiście, że nie. Ale wiem, że uczucia się zmieniają. Tym bardziej w tak młodym wieku – usprawiedliwiła się. – No ale mów dalej. Coś się stało? Pokłóciliście się?
- Też nie o to chodzi – pokręcił głową. – Problemem jest… a raczej będzie jej wybór. Bardzo bym chciał, żeby zamieszkała ze mną w Amestris – westchnął. – Ale wiem, że się nie zgodzi. Nie mówię, że byłoby jej tam źle, nie pozwoliłbym na to. Po prostu życie w obcym kraju nie jest łatwe i doskonale to rozumiem. Ja sam, mimo że naprawdę cieszę się, że jestem tu tyle czasu, tęsknię za moim domem, bratem, babcią i za wszystkimi znajomymi. Nie chcę zmuszać do tego May i… rany, nie powinienem tego pani w ogóle mówić – jęknął.
- Bardzo dobrze, że mi powiedziałeś – zaoponowała. – Teraz tym bardziej nie pozwolę May tu zostać!
- Przecież przed chwilą pani powiedziałem, że…! – nie dokończył, bo kobieta pogłaskała go po głowie z ciepłym wyrazem twarzy.
- Przestań zastanawiać się, co jest słuszne. Po prostu zrób to, co chcesz. Jestem pewna, że May pójdzie za tobą nieważne, co zdecydujesz. To ci nie wystarczy? – uśmiechnęła się do niego serdecznie.
- Nie – pokręcił głową. – Ja nie chcę, żeby May szła za mną, tylko koło mnie. Nie chcę podejmować za nią decyzji… A jednak chciałbym, żeby wyjechała do Amestris. Hipokryta ze mnie – zaśmiał się nerwowo.
- Jesteś zbyt dobry, kochany. Powinieneś czasem być większym samolubem – poradziła ze śmiechem kobieta.
- Postaram się – zażartował. – No ale dobrze, pani powinna odpoczywać, a nie słuchać moich rozważań – podniósł się z krzesła. – Proszę się jeszcze trochę przespać, a ja zrobię obiad – powiedział, wychodząc z pokoju, po czym zamknął drzwi.
            Kobieta westchnęła ciężko. I pomyśleć, że jej córce trafił się tak dobry chłopak… Miała nadzieję, że postąpi dobrze i nie będzie później niczego żałować.
- …Słyszałaś – powiedziała na głos. Wiedziała, że za oknem siedzi May, przysłuchiwała się całej rozmowie. Ona też chciała się poradzić mamy, bo nie wiedziała, co ma zrobić. – Dalej się zastanawiasz?
           May nie odpowiedziała. To była dla niej bardzo trudna decyzja. Nie chciała zostawiać mamy i siostry samych, a jednocześnie bardzo chciałaby pojechać z Alem. Zależało jej na nich wszystkich, nie chciała opuszczać żadnego z nich.
- On ci nie każe wybierać między nim a nami, kochanie – odezwała się pani Chang. – Ani ja, ani twoja siostra nie będziemy ci przecież miały niczego za złe! Nie kieruj się nami, a własnym sercem.
- Tak – mruknęła cicho, przytakując niepewnie głową. Chociaż to także niezbyt jej pomogło.
            To śmieszne. Wiedziała, że Al w końcu będzie chciał wrócić do Amestris i że pewnie poprosi ją, by pojechała razem z nim, a jednak nie przygotowała sobie na to żadnej odpowiedzi.

            Ed i Winry pakowali już wszystko, co mogli, żeby jutro spokojnie zdążyć na pociąg – bo odjeżdżali o piątej rano, co niezbyt przypadło do gustu nikomu. No ale z drugiej strony jakoś tak nie mieli ochoty czekać na kolejny tydzień, więc woleli nie narzekać.
- Ciekawe, czy Al już wszystko spakował? – zastanowiła się blondynka. – W końcu on tego ma najwięcej…
- Znając go, jest przygotowany od tygodnia – zaśmiał się Ed. 
- Poprosił May, żeby z nami pojechała, nie? – westchnęła. – Mam nadzieję, że się zgodzi…
- Z tego, co słyszałem, jej mama gorzej się ostatnio czuje. I przez to może jednak zostać – poinformował ją Elric. – Ale Al powiedział, że tak czy inaczej wraca z nami.
- Hm… - Winry skinęła niepewnie głową.
- Zresztą, nie przyjmuj się – poczochrał jej włosy. – Myślisz, że rozstaną się przez taką głupotę? Al może i jest miły, ale też w cholerę uparty, także wiesz… - zaśmiał się.
- Też prawda – uśmiechnęła się do niego. – Chciałabym zobaczyć już babcię~
- Ja się do tego jakoś nie kwapię… - Ed odwrócił wzrok. No przecież ona mu teraz spokoju do końca życia nie da! „Bo nareszcie załatwił sprawę po męsku”… - Dobra, nieważne. Idę się pożegnać z Lingiem, idziesz ze mną?
- Pewnie – skinęła głową, po czym razem wyszli z domu. Dziewczyna zamknęła drzwi na klucz, a kiedy odwróciła się do blondyna, zobaczyła, że podaje jej rękę. Równocześnie odwrócił głowę w bok, rumieniąc się słodko. Winry spojrzała na niego pytająco, choć bardzo dobrze wiedziała, o co mu chodzi.
- No dawaj tę rękę – burknął zawstydzony, na co dziewczyna zachichotała pod nosem, ale dłoń mu podała.

            May weszła do domu w raczej niezbyt wesołym nastroju. Za dosłownie parę sekund miała się zacząć jej powolna, męczeńska śmierć i to z wyboru. Pierwszy raz bała się Ala.
            Weszła do jego pokoju, pukając uprzednio. Od razu spojrzał na nią wesoło, ale ta odwróciła wzrok, wbijając go w podłogę. Elric od razu domyślił, co zaraz usłyszy od dziewczyny. Cóż, spodziewał się tego, ale jednak jakieś tam nadzieje miał, które May w tym właśnie momencie ostatecznie rozwiała.
- Przyszłam porozmawiać – odezwała się w końcu, dalej uparcie wpatrując się we wszystko poza nim. Uśmiechnął się lekko.
- Wiem – skinął głową. – Słucham.
            Brunetka znowu umilkła. Nie wiedziała, jak mu to powiedzieć, żeby zabrzmiało to jakoś łagodniej. Czuła się jakby z nim zrywała, a nie tylko oznajmiała mu, że nie może pojechać do Amestris.
            Nagle gwałtownie się odwróciła i już chciała wyjść z pokoju, kiedy Al stanowczo złapał ją za rękę i odwrócił ku sobie, jednocześnie zamykając drzwi.
- Powiedz to na głos – nakazał.
- Przecież wiesz, jaka jest moja odpowiedź – odparła, odwracając zaszklone oczy. Zbierało jej się na płacz.
- Ale jeśli nie powiesz mi tego wprost, nie przyjmę tego do wiadomości – patrzył na nią uporczywie, ale ona dalej nawet na niego nie zerknęła. W końcu puścił jej nadgarstek i ujął twarz dziewczyny obiema dłońmi. – Spójrz na mnie – powiedział delikatnie. – Przecież nie będę na ciebie zły.
- Ale ja będę tego żałowała! – jęknęła. – Będę żałowała, nie ważne, co wybiorę – dodała, uśmiechając się smutno.
- Powiedz to – nalegał Al.
- Nie – pokręciła głową, próbując odepchnąć go od siebie.
- Proszę cię – spojrzał na nią błagalnie. Nie dał się odsunąć.
- Nie! – krzyknęła. Wtedy blondyn znowu chwycił jej ręce, a następnie pocałował. May starała się go odepchnąć, ale był silniejszy. Nie dawał za wygraną. I dlatego też dziewczyna w końcu mu uległa.
- Uspokój się trochę – szepnął, kiedy już się od niej odsunął trochę. – Proszę cię, żebyś powiedziała tylko dwa słowa.
- Nie potrafię – wyznała łamiącym się głosem. – Po prostu nie potrafię.
- May! – dziewczyna uniosła wzrok, napotykając na jego ciepłe złote tęczówki.
- Nie jadę – szepnęła, opierając głowę o jego pierś. – Nie mogę jechać. Muszę zająć się mamą, Przepraszam – ramiona zaczęły się jej trząść przez płacz.
- Wiesz, że prawdopodobnie długo się nie spotkamy?
- Tak.
- Minie dużo czasu nim tu wrócę – oznajmił jej.
- Tak.
- Będę czekał aż przyjedziesz.
- Tak.
- Pewnie będę strasznie tęsknił – uśmiechnął się.
- Tak – znów skinęła głową.
- Mogę zapewnić sobie…eee… taką jakby trwałą umowę…? – zapytał. Dziewczyna spojrzała na niego pytająco, ocierając łzy. – W sumie to miałem zamiar to zrobić w Amestris, no ale dobra… - westchnął niezrozumiale dla May. Podszedł do jednej z szafek i wyjął z szuflady niewielkie, granatowe pudełko. Dziewczyna wytrzeszczyła na niego oczy. – Tego… w takiej chwili powinienem uklęknąć, nie? – podrapał się nerwowo w tył głowy.
- Co ty… Wstawaj! – mimo protestów brunetki, nie podniósł się z podłogi. Zamiast tego otworzył pudełko i pokazał jej ładny pierścionek z niewielkim diamencikiem. – Żartujesz, tak?
- Nie, ani trochę – odparł jak najbardziej poważnie. – Wyjdziesz za mnie?
- Co jest, dzisiaj jakiś dzień trudnych wyborów, czy co? – zażartowała, na co Al uśmiechnął się do niej wesoło.
- To naprawdę aż tak trudny wybór? – zmarszczył brwi. – Powiedz: tak – dodał. - …lub nie – te dwa ostatnie słowa wypowiedział bardzo, ale to bardzo cicho. No przecież nie pozwoli jej się nie zgodzić. Wystarczy mu złych wiadomości na dzisiaj.
- Tak – powiedziała w końcu, a w odpowiedzi chłopak wsunął pierścionek na jej serdeczny palec. – Nie wierzę, że naprawdę to zrobiłeś.
- No muszę mieć jakąś gwarancję, że mi nie zwiejesz z jakimś bogatym księciem – zażartował, podnosząc się z podłogi.
- Bardzo śmieszne – burknęła. – Masz mnie za taką kobietę?
- Niee… No oczywiście, że nie – odparł, rozbawiony, po czym znowu ją pocałował, co tym razem momentalnie odwzajemniła.

            Pociąg właśnie nadjechał. Wszyscy zaczęli się już żegnać, Winry i May się prawie popłakały, kiedy zaczęły się przytulać. Ed jakoś niespecjalnie się cieszył na obejmowanie tej mikruski, ale jakoś to zrobił i nie był tak źle – to musiał przyznać. Natomiast Al… Al miał w sumie dobry humor. No w końcu May została jego narzeczoną, narzekać nie mógł…
- Pa – przytulił ją, po czym razem z bratem i przyjaciółką weszli do środka. Niedługo potem pociąg odjechał.

~*~

Tak, Al się oświadczył xD
Mam nadzieję, że spodobał się Wam rozdział z tak dużą ilością AlxMay, teraz przez jakiś czas będzie ich baaardzo mało, niestety albo stety - jak kto woli xd 
No to do przyszłego tygodnia~! :3

sobota, 9 listopada 2013

Info No.1

Nie, nie bójcie się, bloga nie zawieszam xD
Chcę tylko powiadomić, że kolejny rozdział dodam najprawdopodobniej za tydzień :c
W przyszłym tygodniu bd miała trochę wolnego, to mam nadzieję, że coś wymyślę ;3
Także do napisania! ^-^

niedziela, 27 października 2013

Rozdział 11. - Rozwiązanie

Dzisiejszy rozdział jest hmm... nie wiem, czy przełomowy, ale w pewien sposób ważny xD Jest to kontynuacja dnia z poprzedniej notki, tak więc nasz kochany Edzio próbuje jakoś udobruchać Winry... xd
Całkiem fajnie mi się to pisało xd Z kakałkiem w kubku z FMA... (musiałam się pochwalić xDD)
No dobra, nie przedłużam i zapraszam do czytania ^^

~*~

„Kocha się za nic.
Nie istnieje żadne powód do miłości.”
Paulo Coelho

            Ed siedział w bibliotece, trzymając w ręce jakąś książkę o… nawet nie wiedział, o czym ona jest. Niby czytał, ale jego myśli ciągle były gdzieś indziej. Kręciły się wokół wiadomej osoby – ciągle nie rozumiał, co on takiego zrobił. Nawet jeśli spali w jednym łóżku, to na pewno się do niej nie dobierał przecież! Nie jest idiotą! …Nawet jeśli był pijany… Zresztą, przecież Winry i tak by mu na nic nie pozwoliła! Od razu by go zdzieliła, czy coś i sobie poszła. A ona jest wkurzona, że nic nie pamięta. No, do cholery, jak się jest pijanym, to raczej, że nic się nie pamięta! Nie jego wina, nie?
            Jego przemyślenia przerwał odgłos czyichś kroków. Odwrócił się i zobaczył Linga z szerokim uśmiechem na twarzy. Jakoś tak, Ed miał wrażenie, że ma mu coś do powiedzenia… I że to raczej Yao będzie się z tego cieszył, nie on.
- Yo – przywitał się blondyn.
- Yo – zawtórował mu cesarz i usiadł naprzeciwko niego.
- Ty nie powinieneś być… yyy… gdzieś i rozwiązywać problemy ważne dla swoich poddanych? – zakpił Ed.
- Bardzo śmieszne – sarknął brunet. – Przyszedłem, żeby pokazać ci coś ciekawego – w jakiś sposób, Ling wydał mu się… straszny. Tak, to dobre określenie.
            Położył na stole wielką księgę i obrócił ku przyjacielowi, który spoglądał na tomiszcze ze zdumieniem. Nie bardzo rozumiał, o co chodzi i co tam jest napisane – mimo wszystko, nie ogarniał tych całych krzaczków.
- …No więc? – spojrzał na niego wyczekująco.
- Otwórz na stronie 973 i przeczytaj – polecił. – Jest też w waszym języku, więc spokojnie przeczytasz – zapewnił Ling.
            Ed wykonał jego polecenie i z każdym słowem, które przeczytał, jego oczy powiększały się coraz bardziej.
- No ty chyba sobie jaja robisz?! – wydarł się, co wprawiło cesarza w spazmy śmiechu. Na taką reakcję czekał.
- Powiedziałem, że to zrobię, więc zrobiłem – odparł wesoło. – Od dzisiaj jesteś znany w Xing, jako „Amestryjczyk, który nakarmił cesarza butem” – widząc minę Eda, znowu się roześmiał.
W roku 1914, cesarz Xing – Ling Yao, w wyniku pewnych wydarzeń znalazł się w miejscu, gdzie nie było żadnego pożywienia wraz z Edwardem Elrikiem – alchemikiem, znanym pod pseudonimem „Stalowy”. Owy Amestryjczyk nakarmił cesarza butem, ratując mu tym życie.”
- Będą się o tobie uczyli w szkołach – dodał Ling.
- Spieprzaj – odparł kąśliwie Ed, ale zaraz potem parsknął śmiechem. – No to się, kurde, dorobiłem kolejnej sławy. Tym razem nie w moim kraju.
- No widzisz – brunet oparł policzek na ręce. – Znów stałeś się popularny. Dzięki mnie.
- Taaa, cieszę się niezmiernie – sarknął Ed. – Przynajmniej tyle dobrego dzisiaj – westchnął.
- Coś się stało?
- Można tak powiedzieć – odparł. – To znaczy, Winry jest na mnie wściekła, Al mówi, że jestem idiotą, a May się ze mnie śmieje – stwierdził.
- A ty? – uniósł brwi.
- A ja nie mam pojęcia, o co chodzi.
- Ooo, zapowiada się ciekawa historia – powiedział nieco złośliwie Ling.
- To wszystko przez ciebie! – oskarżył przyjaciela, a ten wyszczerzył na niego oczy.
- Przeze mnie?! – nie rozumiał. – A co ja takiego zrobiłem?
- Dopuściłeś do sprzedaży ten cholerny alkohol! – powiedział Ed. – Wypiłem tylko trochę i już mi się film urwał! Wycofaj to!
            Słysząc słowa blondyna, Ling znowu parsknął śmiechem. Biedny, się winem upił… Aż się zaciekawił, co zrobił potem, więc wysłuchał całej historii blondyna – chociaż nie była długa – najważniejszej części nie pamiętał i raczej nie było szans, żeby sobie przypomniał. No ale dobra, mniej więcej wiedział, co się stało i, bynajmniej, nie zachował się poważnie. Raczej znowu było mu do śmiechu. Nigdy by się nie spodziewał, że Ed ma tak słabą głowę! Jednocześnie zastanawiał się, co takiego mógł zrobić tej nocy, że Winry wkurzyła się na niego tak bardzo.
- Hm. Powiedz mi potem, jak to się skończyło – powiedział z uśmiechem Ling.
- Dzięki wielkie za pomoc – warknął.

            Ed wszedł do domu i z westchnięciem opadł na kanapę w niewielkim salonie. Było już grupo po trzynastej, a on nie wiedział, co ze sobą zrobić. Winry nie było, więc przynajmniej mógł uniknąć jej wrogich spojrzeń, May na szczęście też nie spotkał, z kolei Ala bardzo chętne by zobaczył – miał do niego przyjść jakoś po południu, ale „po południu” może być równie dobrze za trzy godziny!
- Ubolewasz nad swoją egzystencją? – nagle usłyszał nad sobą głos brata. Tak się przestraszył, że prawie spadł z kanapy.
- Nie strasz mnie tak! – krzyknął. – Prawie na zawał zszedłem! Jak ty tu w ogóle weszłeś?
- Drzwi były otwarte – Al wzruszył ramionami. – Było je zamknąć.
- Przyszedłeś, żeby się ze mnie pośmiać? – burknął niezadowolony.
- Ja? W życiu – zapewnił młodszy Elric, ledwie powstrzymując się od śmiechu. Pomóc pomoże, ale mimo wszystko ta cała sytuacja była tak głupia, że trudno ukryć rozbawienie. Ed wkopał się w takie gówno, że sam nie wiedział, jak to zrobił.
- Dzięki wielkie. Naprawdę mi pomagasz – sarknął.
- Ależ nie ma za co – zaśmiał się Al, ale przysiadł przy nim i zaczęli się zastanawiać nad odpowiednim rozwiązaniem na poważnie. Oczywiście, on od razu zaproponował, żeby po prostu sobie wszystko wyjaśnili i w końcu zaczęli traktować się na serio, ale Ed oczywiście od razu kategorycznie odmówił. Dlaczego? „Bo nie będzie wyznawał miłości drugi raz”. Idiota. Przez tę jego dumę dostanie kiedyś w łeb. – No to co chcesz zrobić? – Al uniósł brwi.
- Nie wiem – burknął niezadowolony blondyn. – Ale nie powiem jej żadnych głupot w stylu: „Ostatniej nocy coś sobie uświadomiłem… Uświadomiłem sobie, że cię kocham… Więc, jeśli w twoim sercu jest wciąż miejsce dla mnie…” – udawał tak poważny ton, że można się było przerazić. Tym bardziej, jeśli widziało się to z perspektywy May, która dopiero co weszła do domu i usłyszała tylko ostatnią kwestię Eda…
- C-co tu się dzieje…? – zapytała wystraszona, a braciom momentalnie zrzedły miny.
- Dlaczego wy, do cholery, nigdy nie pukacie?! – wydarł się starszy Elric.
- Nie odwracaj kota ogonem! – warknęła May. – Powiedzcie mi, co wy tu wyrabiacie?! Myślałam, że nie należysz do tych „kochających inaczej”!
- Bo nie należę, idiotko! – odpowiedział zdenerwowany. – To jest mój brat!
- Właśnie dlatego pytam! A co z Winry, co!?
- A co ma z nią być?! Żyje gdzieś!
- No brawo, przychlaście.
- Nie jestem przychlastem, debilko!
- Dajcie już spokój… - jęknął załamany Al. – Ed mówił mi tylko to, czego w życiu i za żadne skarby świata nie powie Winry – wyjaśnił wszystko pięknie w jednym zdaniu. Można? Można. Szkoda tylko, że Ed i May nie są tego świadomi.
- Było tak od razu – burknęła dziewczyna.
- Nie dałaś mi dość do słowa – również burknął.
- Jeśli macie zamiar znowu się kłócić, to róbcie to gdzieś indziej – westchnął Alphonse. – Chociaż preferowałbym raczej inne rozwiązanie. Na przykład, no nie wiem… wymyślenie jakiegoś rozwiązania do tej całej głupiej sytuacji? – podsunął.
- Ach, no tak – na twarzy May pojawił się prześmiewczy uśmieszek. – Mój kochany szwagier nie pamięta, co zrobił i teraz musi pokutować – zaszydziła z niego. – Och, jakże mi przykro. Aż się popłaczę…
- To najlepiej utoń w tych łzach – warknął Ed, a brunetka wystawiła mu język.
            A Al tylko siedział i z desperacją na nich patrzył. Czy oni zawsze muszą się tak kłócić o byle duperele? Naprawdę nie mogę inaczej? Oboje są dorośli, a zachowują się jak dzieci i wychodzi na to, że on musi ich uspokajać. Jak jakaś matka.
- Dobra, koniec – westchnął w końcu. Pociągnął May, aby ta usiadła koło niego, a na Eda spojrzał błagająco. – Pomożesz nam wymyślić jakieś rozwiązanie? – zapytał dziewczynę.
- No dobra – burknęła. Nie jej wina, że za każdym razem, jak go widzi, przychodzą jej do głowy coraz to lepsze żarty na jego temat. No ale pomoże… Mimo wszystko Winry lubiła – zakochała się w takim, a nie innym facecie, ale niech jej się uda.
- Tooo… Ma ktoś jakieś pomysły? – zapytał z nadzieją Al.
- Niech jej po prostu powie, co czuje i tyle – wzruszył ramionami May. – Serio, zła nie będzie.
- Nie ma mowy – warknął Ed, a jego młodszy brat ponownie westchnął.
- A rozmawiałaś z nią o tym? – zapytał swoją dziewczynę.
- Tak, ale nic wam nie powiem – uśmiechnęła się z lekką wyższością. – Obiecałam, że tego nie zrobię – wyjaśniła pod naporem karcącego wzroku Ala.
- No to chociaż podpowiedz, co mamy zrobić! – jęknął.
- Podpowiedziałam! No zrozumcie, że dziewczyny się nie obrażają, kiedy ktoś mówi im „kocham cię”! I, zaskoczę was, nawet się z tego cieszą!
- No to widzisz, kochany braciszku – Al uśmiechnął się nadzwyczaj przyjaźnie. – Chyba jednak powiesz jej coś słodkiego.
- No chyba sobie kpisz – warknął Ed, ale zadowolona mina brata dała mu do zrozumienia, że nie ma wyboru. Bo Alowi się nie odmawia. Niestety.

            Jean siedział na opustoszałej widowni w teatrze, przyglądając się próbom aktorów. Wśród nich była Michelle, oczywiście ona tańczyła – choć dostała się jej jakaś rola. Niewielka, ale jednak. Mimowolnie, Havoc uśmiechnął się do siebie, kiedy kobieta wyszła na scenę. Podobało mu się to, w jaki sposób wykonuje swoją pracę. Była śmiertelnie poważna, a jednak na jej twarzy widniał uśmiech. Lubiła to.
           W jakiś sposób, teatr wydał mu się teraz dziwnie przyjemnym miejscem i sposobem spędzania wolnego czasu. To było nad wyraz ciekawe – tym bardziej, kiedy niemalże codziennie widział próby aktorów i mógł zobaczyć na własne oczy, ilu ludzi pracuje przy jednym przedstawieniu, ile czasu i pracy w to wkładają, jak bardzo się starają, żeby wszystko było idealne. Mógł zrozumieć, dlaczego dla Elle jest to takie ważne. I dlaczego się na niego wkurzyła przy pierwszej randce – chociaż dalej uważał, że nie powiedział nic strasznego.
            Kiedy aktorzy skończyli próbę i ukłonili się, Jean zaklaskał głośno. Był jedyną osobą na widowni, więc było to trochę śmieszne, ale kogo to obchodzi? Podobało mu się, to to pokazuje. Jakiś problem? Raczej nie.
- Gotowa? – wstał z miejsca, kiedy kobieta do niego podeszła. Już w swoim zwyczajowym ubraniu i poważną miną.
- Tak – skinęła głową i razem wyszli. Niestety, Elle dalej nie bardzo przepadała za Jeanem. Mimo że codziennie przebywali ze sobą 24/7, ona ciągle upierała się przy swoim. Wprawdzie, nie zabijała go już wzrokiem przy każdej nadarzającej się okazji, ale jednak traktowała go chłodno, co niezbyt mu się podobało. Zachowywała się, jakby wyrządził jej jakąś wielką krzywdę!
- Byliście świetni – pochwalił z uśmiechem.
- Dziękuję.
- Jak w ogóle nazywa się ta sztuka? Jest naprawdę dobra! – próbował podtrzymać rozmowę.
- Podoba ci się? – niedowierzała.
- No – skinął głową. – Coś w tym dziwnego?
- Nawet bardzo – stwierdziła Michelle. – Przecież powiedziałeś, że to nudne.
- Nie powiedziałem, że wszystko, co związane z teatrem jest nudne – jęknął. – Tylko że ta jedna konkretna sztuka nie przypadła mi do gustu. A to różnica, nie sądzisz?
- Tak – skinęła niepewnie głową, po czym przystanęła. Jean spojrzał na nią pytająco.
- Coś się stało?
- Chyba powinnam cię przeprosić – odezwała się po chwili. – Osądziłam cię zbyt szybko – przyznała. – Nie mówię, że tak od razu zmieniłam o tobie zdanie, ale przynajmniej wiem, że doceniasz pracę innych. Dlatego przepraszam – wyjaśniła, a on uśmiechnął się lekko.
- Ależ nie ma za co – ukłonił się żartobliwie. – Nie wiem, jak ty, ale ja strasznie zgłodniałem. Masz na coś ochotę? – uniósł brwi.
- Pewnie – uśmiechnęła się rozbawiona.

            Ed szedł ulicą w stronę restauracji, w której tymczasowo pracowała Winry. Nie był ani trochę zadowolony z tego, co Al i May kazali mu zrobić. Nie! On tego nie powie! Nie, nie i nie! Nigdy! Nie jest jakimś błaznem, który pieprzy jakieś przechodzone i górnolotne teksty do kobiety. Winry na pewno by się z niego śmiała!
            Wszedł do restauracji i poszukał wzrokiem blondynki. Trudne to nie było, bo cały czas goniła między stolikami z tacką w ręce. Wydawała się być w całkiem dobrym humorze. Jednak mina jej nieco zrzedła, kiedy w końcu zauważyła przyjaciela. Podeszła do niewielkiego okienka, chwilę o czymś rozmawiała z właścicielem, po czym wyszła z sali. Ed już się przeraził, że uciekła, ale na szczęście zdążyła wrócić, nim ten zaczął snuć nie wiadomo, jakie przypuszczenia odnośnie tego, co mogła sobie pomyśleć.
- Zakładam, że chcesz mi coś powiedzieć? – zapytała.
- No… Tak jakby – wydukał.
- Chodź – wskazała ruchem głowy wyjście. Ed skinął tylko głową i razem wyszli na ulicę, rozświetloną lampionami. Przez pewien czas szli w ciszy, blondyn próbował jakoś ułożyć sobie w głowie to, co ma powiedzieć, ale średnio mu to szło. - …więc? – odezwała się w końcu Winry.
- …więc dalej nie mam pojęcia, co takiego zrobiłem i byłoby fajnie, gdybyś mnie oświeciła – westchnął Ed. – Wtedy przynajmniej postaram ci się jakoś wytłumaczyć czy coś. Bo teraz to jestem… jakby to powiedzieć… w czarnej dupie – stwierdził, na co dziewczyna parsknęła śmiechem.
- Zastanawiam się, czy przyjmiesz do wiadomości taką informację i czy nie uznasz, że tylko mi się coś przyśniło.
- Obiecuję, że ci uwierzę – zapewnił.
- Nawet jeśli powiem, że mnie pocałowałeś? – spojrzała na niego, wyczekując reakcji. Najpierw przystanął, a potem spojrzał na nią wytrzeszczonymi oczami.
- Żartujesz, tak? – zaśmiał się nerwowo.
- Nie – odpowiedziała od razu, a ten zdawał się zapomnieć, jak się oddycha.
- Przepraszam – powiedział jej. – To było głupie. Nie wiem, czemu to zrobiłem. Nawet tego nie pamiętam i…
- Nie chcę twoich przeprosin – Winry spojrzała mu prosto w oczy, na co westchnął i poszedł dalej, pocierając kark z zażenowania. Znowu nastała wkurzająca cisza.
- Słuchaj – Ed nareszcie postanowił coś powiedzieć. – Chyba jednak wolę całość niż połowę – stwierdził.
- Co? – nie zrozumiała dziewczyna.
- Chcę całość – spojrzał na nią w końcu. – Nie osiemdziesiąt pięć procent, nie połowę, tylko całość.
- Chcieć to ty sobie możesz – parsknęła śmiechem. – Osiemdziesiąt pięć.
- Dziewięćdziesiąt – postanowił się z nią targować.
- Osiemdziesiąt – nie dawała za wygraną.
- Osiemdziesiąt pięć – westchnął z rezygnacją, na co ta się uśmiechnęła zwycięsko. – Ale kiedyś będę miał całość – zapewnił.
- Kiedyś może ci się uda… - zaśmiała się.

~*~

No, jakoś mu się to udało :D 
Tak, bez kissa, ale no - to Ed XD Oczywiście, pocałują się... kiedyś xD
Aż współczuję Winry... xDD
W każdym razie, mam nadzieję, że się spodobało i zapraszam do komentowania ^^
Pod tym linkiem znajdziecie wywiad ze mną, jeśli jest ktoś zainteresowany ;3
Jeśli macie jakieś życzenia to piszcie - Wasze propozycje
Tak samo z pytaniami - Pytania
Ja naprawdę nie gryzę ^^
Możecie też pisać na maila albo GG - rozmowy wskazane :)

niedziela, 20 października 2013

Rozdział 10. - Co ten alkohol robi z ludźmi...?

Tak, tytuł cokolwiek dziwny i powinniście go odebrać tak, jakby mówiła go babcia z dezaprobatą w głosie xDD W trakcie rozdziału zrozumiecie, o co chodzi xD
W ogóle, ostatnio ZNOWU mam ochotę obejrzeć/przeczytać FMA... I chyba to zrobię... xd
No ale mniejsza... Miłego czytania ^^

~*~

„Nie musimy składać sobie żadnych obietnic
I tak, nawet dziś, moglibyśmy poznać własną przyszłość”
SCANDAL „Shunkan Sentimental” (FMA:B ending 4.)

            Roy i Riza wczesnym rankiem wyjechali z Xing – nie mieli tyle wolnego czasu, co Ed i reszta, obowiązki wzywały. I tak mieli szczęście, że mogli zostać na te trzy dni i pójść na ślub Linga jako reprezentanci Amestris (Gramman nie miał czasu pójść, a jako że Roy był w bardzo dobrych stosunkach z cesarzem, postanowił zrobić z niego reprezentanta kraju).
            Kiedy Ed się obudził, zdał sobie sprawę, że został w domu sam z Winry – uwolnił się od wkurzającego pułkownika na kolejne piękne dni! Nie będzie musiał oglądać jego wkurzającej mordy – toż to nieocenione szczęście! I oczywiście będzie świętował w bibliotece; jakżeby inaczej….

            Jean spędzał kolejny dzień z Michelle. Nie mógł powiedzieć, że ich stosunki w jakiś sposób się ociepliły, ale przynajmniej przestała zabijać go wzrokiem, także jakiś postęp był mimo wszystko.
            Dodatkowo codziennie chodził z nią na jej treningi – w jakiś sposób balet przestał być dla niego takim nudnym zajęciem. Kiedy zobaczył, jak Elle i jej koleżanki ciężko ćwiczą, pomyślał, że są naprawdę niesamowite.
- Ile już się tym zajmujesz? – zapytał, kiedy wracali.
- Baletem? Jeśli liczyć moje pierwsze kroki, to dwadzieścia trzy lata – stwierdziła po namyśle, a Jean wytrzeszczył oczy. – Co? – burknęła.
- To by oznaczało, że jesteś ode mnie młodsza, nie? – wyszczerzył się.
- A co to ma do rzeczy? – zdziwiła się.
- Nic, nic – odparł Havoc.
- To może mi powiesz, ile ty właściwie masz lat? – uniosła brwi.
- Trzydzieści dwa – odpowiedział.
- Stary jesteś… - stwierdziła kobieta, uśmiechając się trochę z wyższością, a jemu od razu zrzedła mina.
- Ach tak? A ile, przepraszam, ty masz lat?
- Kobiet się o wiek nie pyta – odparła.
- No ale skoro jestem taki stary, to może chociaż pochwalisz się, jaka to jesteś młoda? – uśmiechnął się pewnie.
- Powiem tylko, że wciąż dwadzieścia – podpowiedziała.
- Naprawdę dużo mi to daje – sarknął Jean, a ona spojrzała na niego z satysfakcją.

            Ed wyszedł z biblioteki cesarskiej późnym wieczorem, bez Ala, który wyszedł wcześniej, bo musiał komuś pomóc, więc wracał do domu sam. Przechadzał się między straganami, ze znudzeniem rozglądając się na boki – a nuż zauważy coś ciekawego.
            Wszyscy krzyczeli, zachęcali do sprawdzenia, co mają do zaoferowania, ale do Eda jakoś to nie przemawiało. Dopóki jakiś mężczyzna nie zawołał:
- Ej, ty! Panie z Amestris! – krzyknął, więc się obrócił. To jasne, że był raczej jednym z niewielu Amestryczyków tutaj. Rozpoznawalnych Amestryjczyków, warto dodać. Rozejrzał się jeszcze na boki, by sprawdzić, czy mężczyzna mówi na pewno do niego, po czym wskazał palcem swoją twarz. – Tak, pan! – skinął głową, więc Ed podszedł do niego.
- O co chodzi? – zapytał, rozglądając się po jego straganie. Miał tam przeróżne trunki.
- Nie chciałby pan spróbować oryginalnej nalewki z Xing? – zaproponował.
- Nie, dziękuję – odparł od razu blondyn i już chciał iść, ale sprzedawca go zatrzymał.
- No niech pan spróbuje! Naprawdę, lepszej nalewki w życiu pan nie próbował! – zapewniał. Ed westchnął ciężko. W sumie, co mu szkodzi?
- Ile za spróbowanie? – uniósł brwi.
- Gratis – odpowiedział mężczyzna i podał mu niewielkie naczynko z alkoholem. Blondyn wypił to jednym łykiem i jakoś tak obraz mu się trochę zamazał…
- O kurde, pyszne to, panie! – pochwalił trunek. – Biorę dwie takie! – zadeklarował, co oczywiście ucieszyło sprzedawcę. Ed zapłacił i wziął pakunek. Napił się jeszcze parę łyków, po czym ruszył w stronę domu chwiejnym krokiem, podśpiewując sobie wesoło pod nosem. No bo przecież życie jest taaaaakie piękne!
            Wpadł do domu z wielkim wyszczerzem na mordzie i niechlujnie zdejmując buty, wszedł dalej.
- Winry, kochanie, wróciłem! – krzyknął na cały głos. Niemal od razu pojawiła się blondynka, która patrzyła na niego jak na wariata albo kosmitę.
- Kochanie? – uniosła brwi. – Gorzej ci?
- Ależ nie – pokręcił głową. – Czuję się wręcz wspaniale! – zapewnił z wesołą miną. – Chodź no się przytul!
- Słucham?! – wytrzeszczyła oczy, po czym zwinnie odsunęła się od Eda, kiedy ten próbował ją objąć. Potem jeszcze raz i znowu. W końcu zaczęła przed nim uciekać.
- Dlaczego przede mną uciekasz? – zapytał płaczliwie blondyn, biegnąc za nią.
- Bo mnie gonisz! – pisnęła i szybko otworzyła pierwsze drzwi na piętrze. Niestety Ed był szybszy od niej i wepchał się do pokoju, nim zdążyła się zamknąć.
            I w ten właśnie sposób znaleźli się w sypialni chłopaka. Patrzyli na siebie w ciszy – Winry była zła, a Ed przeszczęśliwy. Po chwili blondyn znów spróbował się do niej przytulić, ale został automatycznie zdzielony.
- Można wiedzieć, co w ciebie wstąpiło? Zachowujesz się jak… jak pan Roy! – stwierdziła, a chłopak się wzdrygnął i spojrzał na nią z miną zbitego szczeniaka. – Dobra, cofam to. Jak kretyn – westchnęła, kiedy zobaczyła, że Ed znowu się uśmiechnął. Ta obelga była do przyjęcia. – A teraz mów. Co ci się stało – nakazała surowym tonem.
- Niiiic – odparł i znów przybliżył się do Winry. Wtedy to poczuła. Alkohol!
- Upiłeś się! – powiedziała. – Zwariowałeś?!
- Ale ten pan powiedział, że to jest pyszne i było, to kupiłem… - wyjaśnił, w dalszym ciągu klejąc się do blondynki. Ta, jako że zrozumiała, o co chodzi, już się mu nie wyrywała. W sumie, to było całkiem przyjemne. – Zrobiłem źle?
- Nie – westchnęła. – Ale teraz, jak grzeczny chłopiec, idź spać – rozkazała.
- Tak jest! – zasalutował. Jednak nie zrobił dokładnie tego, czego spodziewała się Winry. A ściślej rzecz biorąc – złapał ją w nadgarstku i najpierw pocałował, a potem skierował na łóżko. Dziewczyna nie mogła nic zrobić z tego zdziwienia. Nie wiedziała, jak na to zareagować – no bo Ed ją właśnie całował! I widocznie miał zamiar zajść dalej: zjechał ustami na jej policzek, później szyję, obojczyk, aż w końcu… opadł bezwiednie na jej ciało, zasypiając nagle. Winry dalej leżała sztywno pod nim – przygwoździł ją do łóżka swoim ciałem, a był dość ciężki. W każdym razie, na tyle, by nie pozwolić jej uciec. Nie miała innego wyjścia, jak po prostu spać razem z nim.

* * *

            Alphonse wszedł do tymczasowego domu brata z zamiarem obudzenia go. Była już dziesiąta, a ten dalej sobie chrapał w łóżku – pewnie zapomniał, że się umówili. Zdziwił się, gdy zobaczył, że drzwi nie są zamknięte na klucz, ale wszedł dalej. W środku było strasznie cicho, czyli Winry też spała. Jednak jej budzić nie będzie – pewnie pierwszy raz od dłuższego czasu ma trochę wolnego, niech korzysta.
            Wszedł do pokoju Eda i osłupiał. Nie bardzo wiedział, jak zareagować na widok brata i przyjaciółki w jednym łóżku. Jeszcze parę dni temu nie chciał słyszeć o tym, że niby kocha Winry, a teraz co? Al po prostu nie miał pojęcia, co o tym myśleć. Zbyt duży szok.
            I właśnie dlatego po cichu wycofał się z pokoju i wrócił do siebie, cały czas myśląc o... no tym, co mogli robić w nocy. Miał nadzieję, że oni nie… Zaczerwienił się na samą myśl o tym. Ale nie – przecież Ed nie jest głupi (dobra, czasami jest, ale bez przesady…).
- Zapomniałeś czegoś? – zapytała May, wychylając głowę z łazienki. Ale kiedy nie dostała odpowiedzi, wyszła mu naprzeciw. – Coś się stało? – zadała kolejne pytanie.
- Ed i Winry… - zaczął, po czym zamilkł. Na jego twarz znów wstąpił rumieniec.
- Co z nimi? – dziewczyna ściągnęła brwi. Al opowiedział jej wszystko, co widział, a ona uśmiechnęła się złośliwie. – Hoho, szybki jest…
- Myślisz, że oni na serio…? – jęknął depresyjnie blondyn.
- No a co! Jak myślisz, co kobieta i mężczyzna mogą robić w jednym łóżku? – spytała, jakby to była oczywista oczywistość.
- Eeee… No nie wiem… Może spać? – uniósł brwi.
- Taa, jasne – sarknęła i wróciła do łazienki. W końcu była jeszcze w piżamie, więc wypadałoby się w końcu ubrać.

           Ed powoli otwierał oczy. Od razu poczuł okropny ból głowy. Przez dobrą chwilę nie mógł przypomnieć sobie, co się wczoraj stało i w sumie, pamiętał tylko urywki. Dopiero potem zauważył, że Winry śpi obok niego, co zdziwiło go tak bardzo, że spadł z łóżka. A trzask z kolei obudził dziewczynę. Przetarła ona oczy, próbując ustalić, co się aktualnie dzieje. Kiedy tylko zobaczyła blondyna, jej twarz pokryła się ogromnym, szkarłatnym rumieńcem. Przypomniała sobie, co się działo wczoraj i nie miała pomysłu na to, jak z nim teraz normalnie rozmawiać. No bo on ją… i tego… chciał potem też…! To było żenujące!
- W-Winry… - zaczął Ed. – Co ty tu robisz? Po co do mnie przyszłaś? – zapytał, a dziewczyna oniemiała.
- JA do ciebie przyszłam?! – zbulwersowała się.
- A co, sam cię tu przyniosłem?! – odparł zdezorientowany.
- Nie pamiętasz, idioto?! – warknęła.
- Czego niby? – nie rozumiał. Winry spojrzała na niego z niedowierzaniem. On naprawdę wszystko zapomniał…
- Nieważne – burknęła zła i zeszła z łóżka, a kiedy chciała wyjść z pokoju, Ed chwycił ją za ramię.
- Powiesz mi, o co chodzi? – zapytał, wpatrując się w nią uporczywie.
- Przypomnij sobie – warknęła i wyszła, wyrywając mu się z uścisku. A on oczywiście dalej nie ogarniał, co takiego się stało.

            Po jakichś trzydziestu minutach oboje siedzieli w kuchni i jedli w ciszy przygotowane przez siebie śniadanie. Blondynka nie uraczyła chłopaka nawet spojrzeniem, a ten nie wiedział, co takiego zrobił, że zasłużył sobie na takie traktowanie ze strony przyjaciółki. Pierwszy raz od dwudziestu lat była na niego tak śmiertelnie obrażona, a on nie wiedział, czemu!
- Winry… - zaczął niepewnie, ale ona dalej uparcie wpatrywała się w gazetę zapełnioną znakami, których i tak nie rozumiała. Najwyraźniej nie miała zamiaru się do niego odzywać. Już chciał coś dodać, kiedy rozległo się pukanie, a zaraz potem do domu weszli Al i May. Jego młodszy brat wydawał się być trochę skrępowany, natomiast jego dziewczyna wręcz przeciwnie – rzucała Edowi wymowne spojrzenia i uśmieszki, przez które dostawał gęsiej skórki.
- Witam, szanowanego szwagra – przywitała się z ironią. – Oraz moją szwagierkę – zwróciła się do Winry, już normalnym tonem, a ona wytrzeszczyła oczy.
- Yo – odezwał się Al. – Przyszedłem porozmawiać – powiedział do brata.
- To chyba nie najlepsza pora… - jęknął. – Widzę, że to dość poważne, więc…
- …Więc pogadamy teraz – młodszy Elric usiadł naprzeciw brata. Z kolei May porwała Winry i wyszły na zewnątrz.
- No to o co chodzi? – westchnął, popijając łyk z kubka herbaty.
- Zapytam wprost: spałeś z Winry? – automatycznie cały napój znalazł się na podłodze, a Ed starał się nie umrzeć przez uduszenie.
- Czy co robiłem z Winry?! – krzyknął.
- Nie pluj na mnie – jęknął Al, wycierając swoją twarz.
- To nie wygaduj takich bzdur! – znowu się wydarł. – Niby ja miałbym z nią spać?! Pogięło cię do końca?! Skąd ci to w ogóle do głowy wlazło?
- Rano przyszedłem, żeby cię obudzić i zobaczyłem was w jednym łóżku – odparł spokojnie. – Sam sobie dopowiedz, co pomyślałem.
- Ale kiedy ja sam nie mam pojęcia, jak to się stało!
- Jak to: nie masz pojęcia, jak to się stało? – Al spojrzał na niego z depresją.
- No po prostu. Pamiętam tylko, że wracałem do domu, a potem… A potem obudziłem się koło Winry… - stwierdził, a jego brat plasnął się w czoło. Gorszej sytuacji już chyba nie mógł stworzyć.
- A myślałem, że nie jesteś idiotą…
- Coś ty powiedział?!

            Tymczasem Winry i May siedziały sobie w jakiejś restauracji. Blondynka opowiadała koleżance o wszystkim, co zdarzyło się poprzedniej nocy. I bynajmniej, nie cieszyła się z tego – była wręcz wściekła na Eda za to, że o wszystkim zapomniał. Najpierw ją całuje i zachowuje się, jakby był nie wiadomo, kim, a potem mówi jej, że nic nie pamięta! On naprawdę jest WIELKIM idiotą.
- Hmm~ Czyli tak to było… - powiedziała May, po wysłuchaniu całej tej historii. – No trudno się z tobą nie zgodzić, ale z drugiej strony… Nie oznacza to, że on cię po prostu kocha? – uniosła brwi. Nie miała zamiaru bronić Eda; raczej się z niego wyśmiewać i robić mu na złość, ale tyle pomóc mogła. – No bo wiesz, ludzie pijani zawsze mówią to, co mają na myśli, nie? Ewentualnie robią, jak Ed. Rozumiem, że jest wściekła – na twoim miejscu też bym była, ale powinnaś się też trochę cieszyć, nie? – uniosła brwi.
- Tak, ale mimo wszystko… - burknęła. – Mam ochotę wyzwać go od największych debili i idiotów świata – warknęła.
- No to tak zrób – dziewczyna się uśmiechnęła. – Ale koniecznie mnie wtedy zawołaj, chcę widzieć jego uroczo zdezorientowaną minkę – dodała. Już się nie mogła doczekać tej ich rozmowy.
- Uwielbiasz go denerwować, co? – zaśmiała się Winry.
- Oczywiście! To zabawne – skinęła głową wesoło. – No więc co zrobisz?
- Jak do jutra nic z tym nie zrobi to mu powiem – westchnęła. – A jak przyjdzie do mnie, to najpierw go zwyzywam, a potem… nie wiem, zależnie od tego, co powie – dodała. 

~*~

No więc tak: pierwotnie rozdział ten miał być dłuższy. O wieeele dłuższy... I dlatego go skróciłam ♥ Wiem, że mnie kochacie ^^
W następnej notce będzie kontynuacja tego wspaniałego dla Eda dnia xd
Ach, i na koniec art:
Gdyby nie głupia reakcja Eda, ten poranek mógłby być całkiem przyjemny, prawda? xd