Tablica ogłoszeń

1. Szablon zrobiła Tsuki, za co jej bardzo dziękuję ;3
2. Bardzo ładnie proszę nie nominować mnie do zabaw pokroju Liebster Award. Bardzo mnie one cieszą, ale jestem zbyt leniwa, żeby to wszystko wypełniać.
3. Wszelkie reklamy proszę dodawać do zakładki SPAM.
4. Notki będą się pojawiały co niedzielę.

piątek, 3 stycznia 2014

Rozdział 13. - Pocałunek

Proszę, rozdział, który napisałam w czasie przerwy świątecznej xD
Hm... Mam wrażenie, że po tym rozdziale nie pożyję zbyt długo... Z wielu względów C:
Idę się ukryć do mojego bunkru~ 
Miłego czytania xD

~*~

„Przyjaźń jest podstawą każdej miłości.”
Allan McGinnis

            Był wczesny ranek, kiedy wyszli z bloku mieszkalnego Michelle i skierowali się do sklepu. Jean jeszcze ziewał pod nosem i co chwilę mrugał. Z kolei kobieta wydawała się być całkowicie rozbudzona i pełna energii. Nawet pomimo tego, że była siódma rano.
- Po co wstajesz tak wcześnie? – jęknął.
- Bo szkoda mi dnia na spanie – odparła od razu. – Leżąc w łóżku nic nie zrobię.
- Tak, ale gdybyś została w nim jeszcze z godzinę krzywda by ci się nie stała.
- Och, nie narzekaj – burknęła. – Ja ci nie karzę przy mnie zostawać.
- Ty może nie, ale mój przełożony – owszem. Także przykro mi bardzo, ale się ode mnie nie uwolnisz – uśmiechnął się.
- A czy ja mówię, że mi się to nie podoba? – spojrzała na niego nieco rozbawionym wzrokiem, tym samym szokując go. No nie spodziewał się usłyszeć od niej takich słów… Można powiedzieć, że byli dobrymi znajomymi, ale no… To znaczy, lubił ją, była ciekawą kobietą, zupełnie inną od tych, z którymi się kiedyś umawiał, ale czy się w niej zakochał? Raczej nie.
- Och, czyżbyś w końcu doceniła mój urok osobisty? – uśmiechnął się zalotnie.
- Raczej ciężką pracę – sprostowała. – Wiesz, raczej nie przepadam za zdziecinniałymi facetami – posłała mu słodki uśmiech, paradoksalny do jej słów, które podziałały na Jeana jak strzała w serce.
- Nie jestem dziecinny! – zbulwersował się.
- Nie? To jaki, twoim zdaniem? – uniosła brwi.
- Jestem facetem, który nie zapomina o swojej dziecięcej stronie – wyjaśnił dumnie, na co brunetka parsknęła śmiechem. Słodki był. To znaczy, nie żeby go jakoś specjalnie lubiła, ale… no po prostu był słodki. I tyle. No niby nie lubiła nieodpowiedzialnych facetów, ale… on był tylko troszkę dziecinny, a nie nieodpowiedzialny… Jemu można wybaczyć.
            Zresztą, od początku wydawał jej się ciekawą osobą. A to, że wtedy powiedziała, że go nie cierpi było raczej spowodowane jej urażoną dumą. Naprawdę nie lubiła, kiedy ktoś wyrażał się w ten sposób o balecie. Bo przeważnie ta osoba nie miała pojęcia, ile pracy trzeba w to włożyć. Ale teraz jakoś… wydawał jej się jeszcze „fajniejszy”.
- Tak, pewnie – zaśmiała się lekko.

             Roy wszedł do budynku żwawym krokiem, trzymając w ręku plik kartek – zapewne jakichś superważnych dokumentów, których nie może zostawić bez opieki ani na sekundę. Albo rachunki do zapłacenia. W każdym razie, po przywitaniu się ze znajomymi, których mijał na korytarzu, otworzył drzwi do swojego gabinetu, gdzie póki co znajdował się tylko Falman – miał jakieś sprawy do załatwienia i musiał przyjść wcześniej. Wyglądał jak uosobienie wszelkich możliwych nieszczęść: niewyspany, nieuczesany, wyraźnie poirytowany, nie radził sobie z tą robotą papierkową… Nawet nie zauważył, kiedy Roy wszedł do pomieszczenia.
- Czyżby problemy rodzinne, podporuczniku? – zaskoczył go.
- Co? A! Przepraszam! Dzień dobry, pułkowniku! – momentalnie wyprostował się jak struna.
- Spokojnie, spokojnie – zaśmiał się, a mężczyzna usiadł ciężko na krześle i walnął głową w biurko, wzdychając ciężko.
- Coś się stało? – zaciekawił się Mustang.
- Wie pan, ostatnio mi się dziecko urodziło… To jest jakaś makabra… - jęknął niczym męczennik, idący na egzekucję.
- No wiem, wiem… - pokiwał głową.
- Dlaczego kobiety muszą być takie problematyczne? – spojrzał na niego niby płacząc.
- Bo inaczej nie byłyby kobietami – wzruszył ramionami. – Rozumiem, że córka nieźle daje w kość? – parsknął śmiechem.
- To nie jest śmieszne, panie pułkowniku – burknął niezadowolony.
- Wie pan, to zależy od punktu widzenia. Z kolei punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A skoro jesteśmy naprzeciw siebie… Tak, jest to śmieszne – stwierdził, uśmiechając się szeroko.
- Zobaczymy, co pan powie, jak sam pan będzie miał dzieci – odparł Falman, biorąc się na powrót do pracy.
- Jakoś się na to nie zanosi – machnął ręką. No raczej, że nie. Nie zamierza robić sobie dzieciaka, za dużo roboty z takim i w ogóle… On przecież nie ma na to czasu!
            Usiadł wygodnie na swoim fotelu, po czym wyjął z szuflad papiery, które musi wypełnić, a które czekają na niego od co najmniej dwóch dni. Naprawdę starał się w końcu jakoś to skończyć, ale to przeciwnik gorszy od wszystkich Homunculusów razem wziętych. Przynajmniej tyle, że mógł zwalić trochę na swoich podwładnych… Och, jak dobrze jest być wysoko rangą…
            Riza weszła do pomieszczenia i przywitawszy się wcześniej, usiadła na swoim miejscu. Kończyła jeszcze resztę pracy, którą dostała wczoraj. Roy uważnie ją obserwował… Właściwie przed oczami stanął mu facet, który ją zaprosił na ślubie do tańca. A ona się jeszcze zgodziła! Przecież był brzydki, gruby, stary i w ogóle nie dorównywał jemu w niczym! Dobra, to było ponad tydzień temu i nie powinno mu to przeszkadzać, niby nie jego sprawa, ale… no nie no, martwi się o swoją adiutantkę! To JEST jego sprawa! No przecież nie pozwoli jej na randki z jakimś facetem, który zamiast kaloryfera ma bojler!
- Ach, właśnie, pułkowniku – kobieta nagle się odzywała. – Jego Ekscelencja przekazał już panu dokumenty, które trzeba wypełnić do następnego tygodnia? – zapytała.
- …Jakie dokumenty? – mina mu zrzedła.
- Nie wiem, nie powiedział mi, ale było ich całkiem sporo – zastanowiła się. – I wydaje mi się, że pan musi wypełnić je wszystkie osobiście.
- Powiedz, że żartujecie, poruczniku! – jęknął z desperacji.
- Owszem – Riza kiwnęła głową z obojętną miną, a Roy nie wiedział, jak ma teraz zareagować. On prawie w depresję wpadł!
- Nie żartujcie tak sobie – poprosił płaczliwie.
- To proszę się na mnie nie gapić – skarciła go wzrokiem, na co ten roześmiał się nerwowo.
- Zamyśliłem się, zamyśliłem! – zapewnił ją nazbyt energiczne. Hawkeye tylko westchnęła i wróciła do swojej pracy, tymczasem pułkownik odetchnął w duchu. Było niebezpiecznie…

            Al szedł przez Resembool z zadowoloną miną, rozglądając się dokoła. Nic a nic się nie zmieniło! Jedynie populacja się powiększyła o parę dzieciaków, ale też kilka osób wyjechało. Chociaż to aż tak bardzo się w oczy nie rzucało – ci, którzy powinni tam być, byli. Witali się z Alem bardzo przyjaźnie i serdecznie: pytali, co u niego; słuchali paru jego anegdot i trochę sobie pożartowali. Uwielbiał tę wieś!
            Na grobie rodziców był już poprzedniego dnia razem z bratem. Dopiero po tym zaczął się rozpakowywać – jego pokój był taki sam jak przed wyjazdem, wystarczyło go tylko trochę odkurzyć i zetrzeć kurze. No i oczywiście zapełnić półki jego rzeczami.
            Ale najpierw obiecał babci, że z nią należycie porozmawia i tak dalej. Opowiedział jej bardzo dokładnie, co robił przez te dwa lata, w tym bardzo dużo o May, na co Pinako uśmiechała się w jego stronę wymownie.
- Zawsze wiedziałam, że jesteś bardziej rozgarnięty niż Ed – powiedziała, na co Al zaśmiał się wesoło. No bo to prawda! Jest od niego o wiele lepszy!
- Słyszałem – burknął niezadowolony blondyn, wchodząc do kuchni. – Jestem bardzo rozgarnięty! – obruszył się.
- No jaaasne… - zakpił Al. – Zrobiłeś w końcu coś konkretnego po ilu latach? – niby to się zastanowił. – Dwóch?
-  A spadaj – warknął, na co jego młodszy brat wystawił mu złośliwie język.
- Hm? To znaczy, że on w końcu coś zrobił? – niedowierzała babcia. – Co dokładnie? – zaciekawiła i Al już chciał jej opowiedzieć wszystko ze szczegółami, ale Ed w ostatniej chwili wepchnął mu do ust kawałek ciasta.
- Smaczne, nie, braciszku? – uśmiechnął się krzywo. – Winry zrobiła specjalnie dla ciebie, więc zjedz wszystko – spojrzał na niego z mordem w oczach. – A przy tym nie miel tyle ozorem – wyszedł z kuchni. Oczywiście, jego groźby na nic się nie zdały i gdy tylko Al połknął wszystko, co miał w ustach, zaczął opowiadać babci całe to zajście spowodowane xingijskim alkoholem. Tę historię przekaże kiedyś swoim bratankom, na serio.
            Ed wszedł do pracowni Winry – nie wydawała się mieć dużo prac, bo go stamtąd nie wywaliła.
- Słuchaj, masz dzisiaj czas po południu albo/i wieczorem? – zapytał niepewnie.
- No, pewnie – skinęła głową, po czym jej usta rozciągnęły się w przebiegłym uśmiechu. – Czyżbyś chciał zaprosić mnie na randkę? – uniosła brwi, a Ed momentalnie się zarumienił.
- N-nie! – zaprzeczył, na co dziewczyna parsknęła śmiechem.
- Okej – niespodziewanie się zgodziła. – Wyjdę z tobą na tę nie-randkę.
- Spoko… - burknął.
- A jak tam Al? – zapytała.
- Wszystko spoko – wzruszył ramionami. – Ma się chyba aż nazbyt dobrze – nagle w jego oku pojawił się niebezpieczny błysk. – Jeśli się dowiem, że powiedział coś zbytecznego, to obiecuję, że zrobię mu coś, co klasyfikuje się jako zbrodnia w kodeksie karnym Amestris – powiedział.
- Jesteś okropnym starszym bratem – zakpiła Winry.
- Nieprawda! – obruszył się. – To on jest okropnym młodszym bratem!
- No jak tak możesz? – popatrzyła na niego z dezaprobatą. – Twój kochany braciszek musiał rozstać się z dziewczyną, a ty go jeszcze chcesz dobijać. Okropny jesteś…
- A spadaj – naburmuszył się i założył ręce na klatce piersiowej, odwracając głowę. Nie widział przez to, że dziewczyna ledwo powstrzymywała się od śmiechu. To było urocze!
- Tak, tak – przytaknęła mu pobłażliwe. – Idę zrobić obiad. Pomożesz mi? – zapytała, wstając z miejsca, ale Ed dalej szedł w zaparte, tak więc uśmiechnęła się podstępnie. – No dobra. Poproszę Ala… - powiedziała niby obojętnie. – On przynajmniej umie gotować i nie rozwali mi kuchni – ruszyła ku drzwiom, ale chłopak złapał ją w nadgarstku, kiedy koło niego przechodziła.
- Dobra… Pomogę ci… - burknął, odwracając wzrok.
- Dzięki – uśmiechnęła się wesoło. Wiedziała, że wygra.

            Jean i Michelle siedzieli w kawiarni w towarzystwie około trzydziestoparoletniego mężczyzny. Miał on jasnobrązowe włosy, których więcej było na twarzy niż na głowie. Po rozmowie, jaką prowadził z Elle, Jean wywnioskował, że to całkiem spoko gość, ale jego humor pozostawia wiele do życzenia (takich sucharów to on chyba nigdy w życiu nie słyszał). Zaprosił on kobietę na wystawę sztuki, którą organizował następnego dnia w galerii przy centrum.
- Przyjdziesz? – zapytał z uśmiechem.
- Pewnie – zgodziła się wesoło. – Znając ciebie, wszystko będzie świetnie zorganizowane – dodała.
- Nie przesadzajmy – odparł skromnie mężczyzna, po czym spojrzał na Jeana. – A pan?
- Ja? – zapytał, jakby zdziwiony. – Ja… eee…
- Też przyjdzie – odpowiedziała za niego Michelle. – Akurat tak się złożyło, że ostatnio zastanawialiśmy się, czy by nie pójść na jakąś wystawę, więc idealnie się złożyło – stwierdziła z przemiłym uśmiechem, jakiego Havoc nigdy u niej nie widział.
- W takim razie bardzo się cieszę – odparł mężczyzna. – Ja niestety muszę się już zbierać – wstał, biorąc do ręki swój garnitur. – Cieszę się, że znowu cię zobaczyłem. Liczę, że twój kolejny występ będzie jeszcze lepszy niż poprzednio – uśmiechnął się.
- Też na to liczę – zaśmiała się wdzięcznie.
- Miło było pana poznać – wyciągnął ku Jeanowi rękę, którą ten uścisnął.
- I wzajemnie – odparł.
            Po chwili mężczyzna wyszedł z kawiarni.
- Kto to w ogóle był? – zwrócił się do kobiety.
- Kolega z pracy – wzruszyła ramionami. – I mój były chłopak.
            Jean mrugał w ciszy z zamarłym na jego ustach uśmiechem.
- Co? – zapytał po paru minutach.
- No mówię, że mój były chłopak. Głuchy jesteś? – prychnęła.
- Przecież on jest starszy ode mnie!
- No i co z tego? – spojrzała na niego dziwnie. – Wolę dojrzałych facetów, a tacy są przeważnie starsi, więc… no cóż, bywa.
- Nie rozumiem cię – westchnął ciężko. – Niby gdzie taki sztywniak jest fajny?
- Zależy – zamyśliła się. – Ale najczęściej w łóżku – spojrzała na niego z ukosa, zastanawiając się, jak zareaguje. Obstawiała rumieniec, ale nic takiego nie nastąpiło. Blondyn patrzył na nią z pobłażliwym uśmiechem na ustach, podpierając głowę ręką.
- Chciałaś mnie zawstydzić? – parsknął śmiechem.
- Nie – przybrała obojętny wyraz twarzy, po czym upiła łyk kawy ze swojej filiżanki. Ciągle czuła na sobie jego spojrzenie.
- Nie jestem dzieckiem. Takie coś mnie w ogóle nie rusza – przypomniał jej, wyczekując reakcji kobiety, ale ta milczała jak zaklęta. No bo co miała mu teraz powiedzieć?
            Jean uśmiechnął się z satysfakcją.
- Wiesz, wydaje mi się, że jestem dojrzalszy niż ty – powiedział prosto z mostu. Zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie urazi tym jej dumę, ale wolałby, żeby jednak zobaczyła w nim dorosłego mężczyznę, a nie jakiegoś nastoletniego chłopaczka.
- No chyba kpisz – prychnęła.
- Ależ nie – pokręcił głową. – Ja się przynajmniej potrafię przyznać do swoich błędów – spojrzał na nią rozbawiony.
- Nie przypominam sobie, żebym w ostatnim czasie popełniła jakiś błąd – wstała ze swojego miejsca.
- Tak, tak, pewnie – westchnął i poszedł za nią.

            Ed i Winry spacerowali sobie jakimiś bocznymi ścieżkami – jak to nazwała dziewczyna – Resembool (hahaha, w tej wsi są same boczne ścieżki – stwierdził Ed). No ale była pora obiadowa, więc zdecydowana większość ludzi siedziała w domu. I bardzo dobrze. Przynajmniej chłopak nie musiał słuchać żadnych dogryzek czy złośliwych żartów.
            Nagle dotknął dłoń Winry, czym trochę ją przestraszył, bo od dłuższego czasu szli w całkowitej ciszy.
- C-co? – zająknęła się.
- Łapa – podał jej rękę. – Dawaj mi ją.
- A grzeczniej poprosić nie możesz? – burknęła.
- Och, daj mi ją po prostu – pociągnął Winry za rękę, na co westchnęła. No jak dziecko normalnie. Czy on nie może choć przez chwilę zachować się jak wychowany, dojrzały i kulturalny mężczyzna? To znaczy, nie żeby nie był słodki, no aleee… każe jej iść z nim za rękę, nawet się do niej nie uśmiechnie, nie umie normalnie gadać, nie wspominając już o takich gestach jak przytulenie czy pocałunek.
- Nie chciałeś mi czegoś powiedzieć? – zapytała w końcu.
- Nie? – odparł ostrożnie, marszcząc brwi. – Niby dlaczego?
- Myślałam, że chciałeś iść ze mną na ten spacer, żeby ze mną porozmawiać…
- A… yyy… Piękna dziś pogoda, nie? – zaśmiał się głupio. – W Resembool zawartość powietrza jest zupełnie inna od tej w Central City albo Xing! Wiesz, nie ma tak dużo wodorotlenku węgla, a azotan i siarczan…
- Stop! – przerwała mu. – Nie mów mi o rzeczach, o których nie mam pojęcia – jęknęła.
- Sorry…
            Znowu szli w ciszy, aż w końcu Winry się zatrzymała i spojrzała na niego naburmuszona. Ed kompletnie nie rozumiał, co jej się nie podoba, więc cierpliwie czekał, aż wydusi z siebie pretensje, których zapewne mało nie było.
- Zacznij się zachowywać normalnie – poprosiła. – Serio masz zamiar tak się krępować przez całe życie?
- Ja się nie…
- Kłamać też widocznie nie umiesz – burknęła. – Matko, Ed, między nami praktycznie nic się nie zmieniło!
- Ale teoretycznie już tak – stwierdził.
- No ale to nie znaczy, że mamy teraz rozmawiać tylko o pogodzie albo siedzieć cicho. Ja cię błagam! Znamy się od… od urodzenia, nie? Naprawdę relacje między nami zmieniły się tak bardzo, bo zostaliśmy parą? – patrzyła na niego uporczywie.
- Dobra, przepraszam – skapitulował. No miała rację. – To co niby mam zrobić?
- Nie chodziło mi o to, żebyś przepraszał – przewróciła oczami. – Po prostu rozmawiaj ze mną normalnie. Jak gdyby nigdy nic.
- Jak gdyby nigdy nic? No weź! Pierwszy raz w życiu się w kimś zakochałem i… - nagle zdał sobie sprawę z tego, co powiedział i zarumienił się. – Zapomnij o tym – zaczął machać rękami jak najęty. – Zresztą, nieważne! Chodźmy! Babcia na pewno się za nami stęskniła! – kiwnął głową, jakby na potwierdzenie swoich słów, ale Winry chwyciła go za rękę.
- Nie mam nic przeciwko czemuś takiemu – uśmiechnęła się miło. – I nie krzyw się tak – zaśmiała się, uprzednio naśladując jego naburmuszoną minę, po czym poszła pierwsza.
- Słuchaj… - zaczął niepewnie, więc się odwróciła. – To jest o wiele bardziej skomplikowane niż myślałem – burknął.
- Przecież wiem – uśmiechnęła się.
- No i tego… Nie wiem, na ile mogę sobie pozwolić – trochę się do niej przybliżył. Dziewczyna wytrzeszczyła oczy.
- Yyy… No ja też nie wiem… - zająknęła się. – To znaczy… eee… wiesz… no…
            Ed podszedł do niej jeszcze bliżej. Winry była trochę skołowana, ale stwierdziła, że wszystko jest w porządku – no w końcu coś robi! Nie spodziewała się, że będzie chciał ją tak nagle pocałować. Bo ewidentnie wyglądało na to, że ma taki zamiar. Zamknęła oczy i cierpliwie czekała, aż poczuje jego wargi na swoich.
            Ale się tego nie doczekała. Jego usta poczuła – nie mówi, że nie. Szkoda tylko, że nie w tym miejscu, w którym by chciała. Otóż Ed pocałował ją… w nos.  Kiedy otworzyła oczy, zobaczyła, że jest cały nerwowy i się trzęsie.
            Ona też zaczęła się trząść. Ale ze śmiechu. On jest jedyny w swoim rodzaju! Naprawdę. No ale w końcu za to go kocha…

~*~

Ja wiem, że zniszczyłam wasze marzenia co do pocałunku, ja wiem xDD
No ale to wszystko przez tego arta!

No a druga sprawa, za którą umrę śmiercią męczeńską jest to, że... no póki co kończę z FMA. To jest, z tym blogiem.
Powodów mam parę i już wam je przedstawiam:
1) Najważniejsze dla mnie - cały czas mam wrażenie, że w pewien sposób niszczę tę serię. Dla mnie FMA jest naprawdę genialną mangą i to, że robię z tego zwykłe romansidło jest... nie wiem, raczej niedobrym pomysłem.
2) Pisanie fanficków ogólnie nie sprawia mi już takiej radości jak kiedyś. I nie mówię tu tylko o FMA ("Naruto" to ja już w ogóle mam serdecznie dość ;-;)
3) Czasu też niestety nie mam nadwyżki, a przydałoby się T^T
4) Coraz trudniej mi się to pisało, bo właśnie cały czas nie mogę oprzeć się wrażeniu, że rozwalam FMA.

Jest możliwość, że wrócę do tego bloga, jednak nic nie obiecuję. Być może kiedyś najdzie mnie wena i ochota na pisanie FMA, ale nie sądzę, by miało to nastąpić wcześnie. Tak więc bardzo, ale to bardzo Was przepraszam TT^TT
Macie na pocieszenie, ładnego Eda z wyobrażeń May xD

Pa ;____;